Doszłam jednak do wniosku, że pokażę Wam proste kotlety z sera żółtego, które można włożyć w bułkę i podać zarówno osobom jedzącym mięso, jak i tym, które są na diecie wegetariańskiej. Cały ich sekret polega na wybraniu sera, który lubicie, obtoczeniu go w mące, roztrzepanym jajku oraz bułce tartej i usmażeniu na oleju. Tu trzeba trochę wyczuć sprawę, żeby smażyć je na tyle dużym ogniu, aby kotlety zdążyły się przyrumienić, zanim zaczną się topić. To jedne z tych kotletów, które, jeśli zrobicie raz, będziecie robić znacznie częściej.
Kiedy wracam pamięcią do smaków mojego dzieciństwa i klasycznej, domowej kuchni z czasów PRL-u, przed oczami od razu stają mi proste, ale jakże wspaniałe dania, które dawały nam mnóstwo radości. Jednym z takich absolutnych hitów, do których dzisiaj uśmiecham się z ogromnym sentymentem, są kotlety z sera żółtego. W tamtych czasach nikt nie myślał o wyszukanych serach pleśniowych czy długo dojrzewających specjałach. Najlepiej sprawdzał się zwykły, poczciwy ser w kształcie walca, czyli popularne salami. Kroiło się go w naprawdę solidne, grube plastry, następnie dokładnie obtaczało w mące pszennej, roztrzepanym jajku i bułce tartej, by na koniec usmażyć na mocno rozgrzanym tłuszczu na patelni. To był obiad, który robił się dosłownie w kilka chwil. Łatwo szło, pachniało obłędnie, a efekt za każdym razem był po prostu wyśmienity.
Nie znam chyba osoby, która nie lubiłaby takich serowych kotletów. To było danie uniwersalne, które wspaniale ratowało sytuację, gdy lodówka świeciła pustkami, a cała rodzina czekała na gorący posiłek. W domu najczęściej można je było zrobić na szybki obiad i podać w towarzystwie gorących, puszystych ziemniaczków posypanych koperkiem oraz obowiązkowej, chrupiącej surówki z kiszonej kapusty, marchewki z jabłkiem lub pora. Co ciekawe, ten specjał królował nie tylko w domowych kuchniach. Kotlety z sera żółtego z równym smakiem zjadało się w kultowych, mlecznych barach z ceratami na stołach oraz w ogromnych, tętniących życiem przyzakładowych stołówkach, gdzie kucharki smażyły je na wielkich, żeliwnych patelniach.
Dniem, w którym smażony ser święcił swoje największe triumfy, był oczywiście piątek. W polskiej tradycji kulinarnej piątek zawsze uważany był za dzień jarski i podawanie wtedy na stół jakiegokolwiek mięsa uważało się po prostu za nie na miejscu. Co niesamowicie zabawne z dzisiejszej perspektywy, w tamtych czasach rybę jadano w piątki niezwykle chętnie, zupełnie nie zaliczając jej kulinarnie do świata zwierząt! Ryba to była ryba, a mięso to było mięso. Jeśli jednak w sklepie rybnym akurat wiało pustką, to właśnie te grube, opanierowane i usmażone na złoto plastry sera stawały się głównym bohaterem jarskiego, piątkowego obiadu, zaraz obok kotletów jajecznych.
Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte to był w ogóle fascynujący czas pod względem kulinarnych kombinacji. To właśnie wtedy, jako młoda dziewczyna, niezwykle chętnie jadałam smażony ser oraz inny, wielki klasyk tamtej epoki, panierowaną mortadelę. Trzeba tu jednak wyraźnie zaznaczyć, że ówczesna, polska mortadela nie miała absolutnie nic wspólnego z tą prawdziwą, włoską wędliną najwyższej klasy, naszpikowaną pistacjami i pieprzem. W tamtych czasach nasza krajowa mortadela była po prostu gigantyczną, dość niskiej jakości grubą parówką. Ponieważ w jej strukturze bardzo często bywały twardsze, trudne do zidentyfikowania kawałki, w narodzie szybko zrodziło się złośliwe, ale jakże trafne powiedzenie, że „mortadela to taki mielony pies z budą i łańcuchem”. Mimo to, pokrojona w grube plastry i usmażona w bułce tartej, smakowała nam wtedy niesamowicie!
Piszę o tej nieszczęsnej mortadeli nie bez powodu. W wielu domach istniał bowiem pewien kulinarny patent, który łączył oba te rarytasy w jedno, potężne danie. Czasami gruby plaster sera żółtego obkładało się z góry i z dołu dwoma plasterkami mortadeli, a następnie taką kanapkę panierowało się podwójnie i smażyło razem na patelni. Ten zapach roztapiającego się sera, mieszający się z aromatem smażonej wędliny, to było coś absolutnie niepowtarzalnego. Kiedy tak teraz o tym piszę i wracam pamięcią do tych beztroskich lat, stwierdzam, że chyba muszę coś takiego zrobić ponownie w mojej kuchni, tak czysto wspominkowo, by poczuć ten sam smak.
Gdy wybieracie w sklepie ser na takie domowe kotlety, z własnego doświadczenia podpowiadam, że zdecydowanie lepiej wybrać ten twardszy gatunek. U mnie tym razem padło na wspomniane już klasyczne salami, czyli okrągły ser o dość zwartej konsystencji i niezbyt wyrazistym, łagodnym smaku. Usmażenie go w podwójnej panierce powoduje absolutną magię, z wierzchu kotlet jest niesamowicie chrupiący i złocisty, a w środku kryje się gorący, wspaniale ciągnący, roztopiony środek. To połączenie tekstur jest po prostu idealne! Pamiętajcie tylko o jednej, żelaznej zasadzie: taki kotlet z sera żółtego usmażony najlepszy jest na gorąco, jedzony prosto z patelni, zanim zdąży z powrotem stężeć na talerzu.
KOTLETY Z SERA ŻÓŁTEGO
KOTLETY Z SERA ŻÓŁTEGO – składniki:
- 4 plastry sera żółtego o grubości 1 cm (ja miałam okrągłą roladę)
- 2 łyżki mąki
- 2-3 jajka
- 4 łyżki bułki tartej
KOTLETY Z SERA ŻÓŁTEGO – przepis:
- Ser obieram z owijki i kroję w plasterki o grubości 1 cm.
- Do jednego talerza wbijam jajka i roztrzepuję.
- Do drugiego talerza wsypuję bułkę tartą.
- Do trzeciego talerza wsypuję mąkę.
- Ser obtaczam w mące, następnie w roztrzepanym jajku i bułce tartej. Smażę na oleju na sporym gazie. Gdzieś po 3 minutach przekładam na drugą stronę. Na drugiej stronie smażę krócej, wyjmuję na deskę do krojenia, talerz lub formę do pieczenia. Kotlety z sera żółtego podaję z ziemniakami, frytkami lub dużą michą soczystej sałaty z dodatkami.
Często zadawane pytania:
Jaki ser najlepiej wybrać na kotlety z sera żółtego?
Do przygotowania tego dania polecam twardsze gatunki. Z mojego doświadczenia świetnie sprawdza się poczciwy ser w kształcie walca. Klasyczny ser żółty typu salami ma zwartą konsystencję i łagodny smak. Pokrój go w grube plastry o grubości około jednego centymetra. Dzięki podwójnej panierce pyszne kotlety z sera żółtego wyjdą chrupiące z wierzchu i cudownie ciągnące w środku. Ot tak po prostu.
Z czym podawać gorące kotlety z sera żółtego?
Możliwości masz naprawdę sporo. Świetnie smakują włożone w chrupiącą bułkę. W wersji obiadowej podaj je w towarzystwie gorących ziemniaczków posypanych świeżym koperkiem lub frytek. Do tego obowiązkowo pasuje chrupiąca surówka z kapusty kiszonej i jabłek. Równie dobrze sprawdzi się klasyczna surówka z marchewki albo po prostu duża micha soczystej sałaty z dodatkami.
Jak smażyć kotlety z sera żółtego, aby nie rozpadły się na patelni?
Cały sekret tkwi w odpowiedniej temperaturze tłuszczu. Smaż je na oleju na sporym gazie. Musisz trochę wyczuć sprawę. Idealne kotlety z sera żółtego powinny zdążyć się ładnie przyrumienić z obu stron. Zrób to zanim środek zacznie się zbytnio topić. Po usmażeniu wyjmij je na deskę do krojenia lub talerz. Zjadaj je od razu na gorąco.



Jadłam, chyba nie przepadałam, a teraz bym zjadła 🙂
Kurde bele. Też to jadłam 😃